Najweselszych świąt…

Ech, uwielbiam czas świąt. Choć nie jaram się nim tak bardzo jak w okresie wczesnego dzieciństwa to potrafią mi jeszcze sprawić wiele radości. Nie mówię tutaj o prezentach (choć one też są ważne:P), tylko o wspaniałej atmosferze dzięki której można poczuć się wyjątkowo i trochę inaczej niż w normalne dni.  Do idealnych świąt brakuje tylko puszystego śniegu. Cóż, może jakimś cudownym trafem spadnie nam z nieba jako wspaniała niespodzianka dopełniająca Boże Narodzenie…

Życzę wam i sobie, żeby nadchodzący rok obfitował w masę growych, filmowych i książkowych. W końcu muszę mieć o czym   pisać, prawda? Oby moja wytrwałość wpisaniu kolejnych wpisów trwała do następnej świątecznej notki.

Dla wszystkich czytelników mojego bloga (są tacy?;) i dla okazjonalnych gości dużo zdrowia, spełnienia najskrytszych marzeń,  osiągnięcia najbardziej wymagających celów i  radości z każdego następnego dnia życzy Quandor. Wesołych Świąt!!!

Nie mogłem sobie odmówić:D


Reklamy

„Piter” – wrażenia z petersburskiego metra

Stukot kół drezyny. Terkot silnika. Za moment zza mgły wyłoniło się szare miasto. Piter. Ziemia zimniej wody. I zimnej ziemi. I tej zimnej ziemi. I tej zimnej ziemi.

Kiedyś zastanawiałem się dlaczego tak bardzo polubiłem cykl Metro 2033. Być może spodobało mi się uniwersum zbudowane wokół nuklearnej katastrofy, albo po prostu jest to dobry kawałek fantastyki.  Zostawiając sprawę moich upodobań chciałem po krótce opisać wam wrażenia po przeczytaniu najnowszej książki z międzynarodowego projektu stworzonego przez autora oryginału, czyli Dmitry’a Glukhowsky’ego.

Akcja Pitera dzieje się naturalnie w Petersburgu. Tam po katastrofie nuklearnej przetrwali ludzie będący w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, czyli w metrze. Tam próbują na nowo ułożyć sobie życie, a co najważniejsze przetrwać. Po latach od skażenia Ziemi na Wasilieostrowskiej, jednej ze stacji ginie agregat prądotwórczy. Jest to poważne zagrożenie, bo bez niej życie mieszkańców jest zagrożone. W tym samym czasie Iwan Mierkułow, miejscowy digger (odpowiednik stalkera) szykuje się do ślubu. To oczekiwanie zostaje brutalnie przerwane i mężczyzna musi wyruszyć na wojne przeciwko Chodnikom.Choć na początku większość spraw jest jasnych, to sprawa przeradza się w coś o wiele poważniejszego…

Początek książki nie jest zbyt porywający. Prawdziwa akcja pojawia się trochę później. Na szczęście i dalej w las, tym lepiej dla czytającego. Porównując Pitera od oryginalnego cyklu młodzik wychodzi obronną ręką. Autor świetnie ukazuje psychikę bohaterów, to co przeżywają wewnętrznie. Ten typ tworzenia jest pewną nowością w serii i naprawdę może się spodobać.

Choć metro petersburskie nie umywa się wielkością do moskiewskiego to wcale nie przeszkadza to w zawarci ciekawych, oryginalnych miejsc. Brakuje trochę zjawisk paranormalnych będących główną wizytówką Metra 2033. Jednak pojawiający się nowy bestiariusz podziemny, jak i nadziemny prezentuje się świetnie. Autorowi na pewno nie zabraknie elementów, które mógłby dokładniej rozwinąć w możliwej kontynuacji. Osobiście jestem jak najbardziej za;).

Z minusów można wymienić czasem dłużące się dialogi i mało nieprzewidywalne zakończenie. Niektórych może denerwować także nieco specyficzny styl  Szymuna Wroczka, twórcy książki. Są to jednak niewielkie wady w stosunku do ogromnych plusów dzieła. Cieszę się, że pisarz spróbował pokazać nam metro od nieco innej strony.

„Piter” to świetna powieść s-f. Fani na pewno się nie zawiodą, a nowym czytelnikom też może się spodobać. Sam przeczytałem książkę jednym tchem i miałem ochotę na więcej. Polecam ją jako prezent dla każdego miłośnika gatunku i nie tylko. Oby projekt twórcy uniwersum bardziej się rozwinął, bo nie mogę się doczekać kolejnych przygód w tajemniczym metrze.


Od zachwytu do niechęci, czyli jak WoW rozmienia się na drobne…

WoW to potęga i prekursor prawdziwego rynku MMO. W początkach istnienia gra była naprawdę świetna i można było być dumnym, że gra się w tego słynną sieciówkę. To była ta doza elitarności i pewnej niedostępności. W końcu płacić za pudełko i jeszcze za comiesięczny abonament w tamtych czasach dla wielu było przesadą. Ludziom grało się miodnie, czas mijał. Po paru latach pojawił się The Burning Crusade, wprowadzający trochę świeżości do rozgrywki, potem Wrath of the Lich King. Tu już zaczęła się tendencja spadkowa, która trwa po dziś dzień. I nie mówię o liczbie graczy, bo ich liczba stale wzrastała. Mam na myśli jakość i stronę w jaką seria zaczęła dążyć.

Tak naprawdę rewolucją, dla wielu na gorsze, było wprowadzenie wyszukiwarki dungeonów. Ten dla niektórych wspaniały pomysł był swoistym strzałem w stopę Blizza. Światy pustoszały. Coraz mniej osób eksplorowało krainy, woląc poszukać drużyny, stojąc sobie grzecznie w stolicy. Levele leciały jak szalone, czas nie był marnowany na questy. Niedzielny gracz stwierdzał, że to świetne udogodnienie. Jednak to było główne przekleństwo tego giganta MMO.

Słynny dungeon finder zmienił zupełnie świat WoWa

WoW coraz bardziej szedł w rozgrywkę casualową. Twórcy powoli przestali ukrywać, że ich targetem stają się młodsi użytkownicy. Większość interfejsu, zadań i innych elementów stało się przejrzystych i prostych. Czasem, aż za prostych. W wielu przypadkach to się sprawdziło, jednak parę elementów powinno zostać po staremu.

Cataclysm wprowadził ze sobą nową stylistkę. Pojawiły się gobliny ze swoimi motorami, samochodami i helikopterami ( choć te były już w WotLK). Wielu osobom się to nie podobało. W końcu do fantasy, nowoczesne pojazdy pasują jak pięść do nosa. Niestety trzeba było to przeboleć.

Oby sposób zmniejszenie statów nie wyglądał tak...:P

Z 4 dodatkiem poziomy i staty przedmiotów drastycznie wzrosły. Z ok. 250 item levela w szybkim czasie doszliśmy do ok. 400. Zamiast critów po 20 tyś mamy 150 k. Podobno komputery mają powoli problem ze zliczaniem dmg, aggro itp. Dlatego nie wykluczone jest znerfienie przedmiotów na mniejsze statystyki. W Mists of Pandaria (o którym za chwilę) te statystyki doszłyby do niebotycznych rozmiarów, dlatego to raczej jedyne wyjście. W końcu liczby to tylko liczby i nie ma co się do nich przywiązywać. Czy twórcy rozwiążą sprawę w ten oto sposób. To się okaże…

Nadszedł czas na sprawę najbardziej dla mnie niedorzeczną i niszczącą grę do dopuszczalnych granic. Mowa oczywiście o nadchodzącym dodatku. Do WoWowych ras mają dołączyć nieszczęsne pandy, czyli Pandarianie, do klas Monk, a nowym kontynentem zostanie Pandaria. Orient, pandy i jeszcze większy casual. Tu granica została przekroczona. Moim zdaniem popsuje to cały klimat panujący w grze i zepsuje jeszcze znośną rozgrywkę. Twórcy planują wprowadzić Battle Pet System przypominający Pokemony i kolejne uproszczenia talentów.

Widzicie, to wszystko przez was...

Tutaj pojawiam się ja. Choć grałem stosunkowo niedługo to zdążyłem wbić maksymalny level i obcykać całą mechanikę gry. Z początku byłem zachwycony i nie jedną nockę przy WoWie zarwałem. Jednak to co ostatnio się z tą grą wyprawia jest dziwne i powoli odstrasza mnie od gry. Teraz stwierdzam, że nie mam ochoty płacić za kolejne 2 miechy. Blizzard wpędził grę w ślepą uliczkę, z której może nie być już wyjścia. Stawianie na słit i targetowanie w przedszkole to lekka przesada. Nie chcę tu krytykować wszystkich zmian, bo wiele z nich ulepszyło WoWa i po tylu latach można w niego zagrać bez zgrzytania zębów. Martwię się tylko o przyszłość serii. Nie jest ona już tak ciekawa jak kiedyś, jeszcze w czasach Vanilli i BC:/.


The Elder Scrolls V: Skyrim – recenzja

Zacznijmy od pytania. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się przesiedzieć przy kompie 7 h bez przerwy. Mnie osobiście nie. Do czasu pojawienia się tej oto gry. Skyrim. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak wciągającą rozgrywką ( a uwierzcie, nie jedną godzinę przegrałem w swoim życiu:). Jednak w trakcie zapowiedzi i spekulacji nie byłem do TES V optymistycznie nastawiony. Zresztą niewielu wyobrażało sobie tak wielki sukces na całym świecie. Dlaczego gra jak wychwalana i przedstawiana w samych superlatywach? Zacznijmy od początku…

Smoczo urodzony…?

Pierwszym widokiem jaki przyjdzie nam ogląda jest bryczka pełna więźniów, w tym nas samych. Po dotarciu do wioski i stworzenia naszej postaci w zgrabnie zrobionym kreatorze, z opresji, czyli ścięcia głowy ratuje nas smok. Jednak niespodziewany wybawca pojawia się nie w celach pokojowych, a z chęcią rozróby z ognistym podmuchem w roli głównej. Kiedy ponowie udaje nam się ocalić nasz tyłek okazuję się, że nie jesteśmy całkiem zwyczajni.Zostaliśmy poczęci z częścią duszy i krwi smoka, co zgrabnie nazwano Dragonborn. Dzięki tym zdolnościom otrzymujemy zadanie uratowania Skyrim przed smoczą zagładą.

Rzeka ognia, hę?

Eksplorujemy

Po tym wyniosłym wstępie czas na parę słów o samej krainie. Ilość ruin, jaskiń i innych miejsc jest naprawdę dużo. Eksploracji starcza na kilkadziesiąt godzin rozgrywki. Wiele z nich kryje zadania, z których dużo jest wartych rozwiązania. Na szczęście podróżowanie nie jest uciążliwe dzięki jeździe konnej i szybkim podróżom. Niewiele jest gier oferujących tak wielkie pole do popisów dla fanów sandboxów. Panowie z Bethesdy postawili poprzeczkę bardzo wysoko.

Walka, czyli klikanie?

Walki są wykonane w starym, dobrym stylu TESa. Akcję obserwujemy z głównie z oczu bohatera, a ciosy wykonujemy za pomocą myszki ( choć jest też opcja zza pleców, z której osobiście nie korzystałem). Standardowo do wyboru mamy talenty związane z walką wręcz, magią, łucznictwem itp. Choć na początku poziom starć jest przyzwoity, to w lepszym sprzęcie walka przeradza się do stosowania jednej kombinacji. Grałem wojownikiem, więc nie wiem jak ma się to z innymi klasami. W każdym razie bardziej epickie itemki zgromadzimy dopiero po kilkudziesięciu godzinach, więc nie nie jest to duża wada. Ogólnie rozgrywka jest na plus.

Soczyste finiszery zapadają w pamięć

Zadania zadaniom nierówne

Questy w Skyrim w głównej mierze polegają na oczyszczaniu kolejnych lokacji z przeciwników i zdobywaniu wyznaczonych przedmiotów. Choć czasem zdarzają się zagadki, niestety zazwyczaj zbyt proste. Główna linia fabularna składa się z bardziej odkrywczych zadań, jednak wątek trwa około 10 godzin. Jest to mała wada, bo gdy wciągniecie się na dłużej nie będziecie zwracać na to większej uwagi.

Czuć epickość

Klimatycznie gra wybija się ponad przeciętną. Świat zbudowany przez twórców jest dopracowany i niezwykle rozbudowany. Do tego świetna ścieżka dźwiękowa posiadająca parę zapadających w pamięć numerów. Grając samemu czułem, że uczestniczę w czymś niezwykłym. To główna zaleta dobrych gier RPG,  w tym Skyrima.

Główny badass...

Nie ma woja, ani maga

W grze, tak jak w poprzedniczkach nie mam podziału na sztywne klasy znane z RPGów. Możemy rozwijać wszystko co nam się tylko podoba. Dlatego nic nie stoi na przeszkodzie stworzenia hybrydy magicznego wojownika wspierającego się łukiem. Duży plus należy się za crafting. Receptury są proste, same procedury w miarę wygodne, a za składnikami nie musimy uganiać się godzinami. Jednak bezmyślne rozdawanie punktów po drzewkach na nic się nie zda, więc lepiej przemyśleć na co dokładnie je wydać.

Smoki nie takie straszne, jak je malują

Na początku smoki są dla nas sporym wyzwaniem. W miarę upływu czasu poziom trudności walk spada do tego stopnia, że pod koniec smoczki stają się chłopcami do bicia. Z zabitych gadów zyskujemy smocze dusze. Możemy je wydawać na okrzyki zyskiwane stopniowo w trakcie gry. Jest ich całkiem sporo i urozmaicają rozgrywkę. Do tego odgłos podczas używania „Nieugiętej siły” – bezcenny;).

Skyrim graficznie nie ma sobie równych

Oprawa zaskakuje

Graficznie Skyrim jest fenomenalny. Tak pięknego świata gracze chyba nie widzieli. Zniknęły też pucołowate mordy znane z Obliviona, a także drętw dialogi i żenująca mimika Npców. Pojawiła się też nowość, czyli finiszery z niezłymi animacjami. Ucinanie głów, czy uderzenia kończące żywot smoka są świetnie zrobione. Naprawdę warto zagrać, choćby dla tych pięknych krajobrazów.

Ale i tak trzeba zagrać…

W Skyrim grało mi się świetnie. Tak absorbująca i długa rozgrywka w dzisiejszych czasach nieczęste zjawisko. Widać, że twórcy przyłożyli się do pracy i mają dzięki temu efekty. Moim skromnym zdaniem gra roku. Większość szanujących się graczy pewnie już gra, a jeżeli nie to niech nie zwleka i leci do sklepów. Na pewno się nie zawiedzie.

Nieładnie tak dręczyć smoka

Plusy

– grywalność!

– klimat wylewający się z monitora

-świat wykreowany w grze

-rozgrywka na długie godziny i wiele innych…

Minusy

– pod koniec trochę za łatwo

– parę błędów natury technicznej

Ocena: 9+/10

Tutaj miał się pojawić gameplay mojej produkcji. Czemu go tu nie ma? Raczej nie chcielibyście oglądać filmiku przerywanego co minutę 5 sekundowym lagiem. Tak niestety pracuje u mnie Skyrim co ogólnie mi nie przeszkadzało, jednak widzom tak. Nie smućcie się. Już nie długo obejrzycie coś niespodziewanego…:).


Poradnik kinowy – grudzień

Masz problem z wybraniem dobrego filmu nie będącego kolejną przewidywalną komedią romantyczną? Jeżeli tak, to zapraszam do przeczytania pierwszego wpisu z cyklu „Poradnik kinowy”. Choć ten miesiąc nie będzie obfitował w zbyt głośne tytuły, nie przekreśla to szansy na dobrą zabawę w kinowej atmosferze.

Thing (Coś)

Zaczynamy od tytułu znanego każdemu fanu kina grozy.  Po 29 latach kultowe dzieło doczekało się swojego następcy. W bazie położonej na Antarktydzie grupa naukowców znajduje gigantyczny pojazd kosmiczny światowej sławy naukowiec  próbuje przypisać sobie znalezisko. Jednak kryje ono w sobie tajemniczego pasażera zdolnego przybierać ludzkie kształty i podszywać się pod mieszkańców bazy. Badacze rozpoczynają walkę o przetrwanie. „Coś” tworzą osoby zaangażowane w „Oszukać przeznaczenie 5” i „Świt żywych trupów”. Miejmy nadzieję, że film utrzyma poziom pierwszego z wymienionych tytułów, który bardzo mi się spodobał. Martwi mnie tylko mało znana obsada aktorska, jednak w tego typu filmach nie jest to dużym minusem. Czy warto było czekać ponad 30 lat dowiemy się 16 grudnia. Tutaj do obejrzenia polski trailer: klik

Mission Impossible: Ghost Protocol

Czwarta część z serii będącej prawdziwym startem w karierze aktorskiej Toma Cruise.  Tym razem Ethan Hunt zostaje oskarżony o atak terrorystyczny na Kreml. Pozostawiony sam sobie agent musi znaleźć sposób na przywrócenie dobrego imienia agencji i zapobiegnięcie kolejnym atakom. Pierwsza część z cyklu była naprawdę świetna i do dziś można oglądać ją bez zażenowania. Druga wybrała kierunek efekciarstwa i bajerów. Jednak najbardziej zawiodłem się trójką. Tak bezpłciowego i nudnego filmu akcji chyba nigdy nie oglądałem. Miejmy nadzieję, że IV nie będzie tylko wyłudzaniem kasy od widzów i pokaże nowe oblicze serii. Trailer do obejrzenia tu: klik

Wyścig z czasem (In time)

Justin Timberlake i Amanda Seyfried (pani z „Mamma mia”) walczą o Zycie, a dokładniej o czas. W niedalekiej przyszłości czas jest najważniejszą wartością i aby przeżyć do następnego dnia trzeba sobie na niego zarobić. Pewnego dnia Will Salas otrzymuje od bogatego nieznajomego zapas tysiąca lat życia. Po transakcji zmęczony życiem dobroczyńca popełnia samobójstwo. Nasz szczęściasz Will zostaje oskarżony o zabójstwo i ucieka przed policją z piękną zakładniczką. Ciekawa koncepcja z nieciekawym rozwiązaniem. Z poruszonego problemu twórcy stworzyli płytki film rozrywkowy. Do tego pozbawiony ważniejszych momentów i z brakami efektów specjalnych. Jednak miesiącu posuchy można zrobić wyjątek i pogapić się trochę na niczego sobie Amandę. A jak kto woli Justina:P. A i podobno jest to dobry film na spotkanie z dziewczyną:). Trailer: klik


Amatorskie, nie znaczy gorsze – #1

Na YouTube codziennie lądują tysiące filmików, a w samej bazie danych jest ich kilkadziesiąt milionów. Mimo takich możliwości, czasem trudno znaleźć coś ciekawego. Jeszcze trudniej doszukać się prawdziwych perełek, nad którymi twórcy spędzili dużo czasu. Dlatego postał ten cykl, aby przybliżyć Wam najlepsze amatorskie filmy jakie dotąd obejrzałem. Tym razem głównym tematem jest Half – Life, czyli fan filmy i produkcje z nim związane.

What’s in the Box?

Film zaczyna się przebudzeniem w nieznanym laboratorium. Na zewnątrz widać wielki czarny wir nad miastem. Najbardziej tajemniczym przedmiotem jest tytułowe pudełko, którego przeznaczenie nie jest do końca znane Akcja widoczna jest z oczu bohatera, dzięki czemu można bardziej wczuć się w niezwykły klimat filmiku. Dochodzą do tego różne bajery w stylu specjalnych okularów wyświetlających różne informacje. Choć na początku jest trochę nudno to później akcja przyspiesza i jest już tylko lepiej.

Portal: No Escape

Tutaj ponownie film zaczyna się od przebudzenia. Jednak tym razem w głównej roli występuje pewna niczego sobie niewiasta. Przebywa ona z niewiadomych przyczyn w więzieniu bez żadnych okien czy drzwi. Po żmudnych poszukiwaniach odnajduje skrytkę z Portal Gunem i zaczyna uciekać używając znanych i lubianych portali. Największymi zaletami jest montaż, perfekcyjne sztuczki z portalami, podkład muzyczny i oczywiście klimat. Choć trwa tylko 7 minut to naprawdę potrafi przykuć do monitora.

Beyond Black Mesa

Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy film z dzisiejszego zestawienia. Akcja toczy się w świecie HF i dotyczy ucieczki młodych, zbuntowanych na panujący reżim. Co ciekawe bohaterowie nie prowadzą dialogów. Jest za to obecny narrator. Tak dopracowanej i pełnej efektów specjalnych produkcji ze świecą szukać. Pełno tu obiektów, kostiumów i znaków wskazujących na rzeczywisty związek ze znaną serią. Aż grzech nie wspomnieć o wszechobecnej niesamowitej atmosferze dzięki której filmik ogląda się z wypiekami na twarzy. Naprawdę polecam.


Władca Pierścieni: Wojna na Północy – recenzja

Przez ostatnie kilkanaście miesięcy fani Władcy Pierścieni mieli nadzieję. Nadzieję na grę, która pokaże cały potencjał jaki tkwił od dawna w tym uniwersum. Produkcję grywalną, ładną graficznie, z wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową i rozbudowaną kooperacją. Po prostu dobrą. Materiały zamieszczane przez twórców, czyli studio Snowblind wyglądały obiecująco. Jak wyszło tym razem? Niestety tak jak zwykle…

Ja i drużyna

Bohaterowie gry nie zostali wymyśleni przez Tolkiena. Tym razem zamiast znanych wszystkim Aragorna, Gimliego czy Legolasa pokierujemy całkowicie nową ekipą. Najbardziej wyrazistą postacią jest Farin, krasnolud z Ereboru. Jak pewnie się domyślacie pełni on funkcje opancerzonego czołgu, zabijającego wszystko związane ze sługami Saurona.  Andriel, lore-master, ma za zadanie leczyć i chronić przed obrażeniami za pomocą magicznej tarczy. Ostatnim jest Eradan, Dúnedain czyli Strażnik Północy jest specjalistą od broni dystansowych i cichych zabójstw. Takim trzyosobowym dream teamem musimy oczyścić krainy tytułowej Północy z wszelkiego zła i plugastwa.

Sorry, ale ja tu jestem gwiazdą;)

Niezła sztampa

Akcja gry rozpoczyna się w Bree. Już na początku czeka nas spotkanie ze znajomą twarzą, czyli Aragornem i nie będzie to jedna znana postać z trylogii pisarza, z którą się spotkamy. W trakcie rozmowy dostajemy krótkie informacje jak się sprawy mają i możemy wyruszać w poszukiwaniu tajemniczego przywódcy północnych oddziałów władcy Mordoru. Osoby spodziewające się ciekawego scenariusza zawiodą się. Grze brak w tym aspekcie jakiejkolwiek oryginalności. Przez większość gry wiedziałem co będzie dalej i nie uświadczyłem żadnego zwrotu akcji. Niektóre momenty historii były dziecinne i sam na pewno wymyśliłbym to inaczej. Czasem współczułem twórcy za brak wyobraźni i napisanie scenariusza „na odwal”.

Sieczka przede wszystkim

Gameplay prezentuje się naprawdę nieźle. Jest krwawo i brutalnie. Naprawdę nie wiecie, ile przyjemności jest w efektownym odcięciu łba takiemu orkowi:P. Walka nie jest może przesadnie rozbudowana, ale na pewno nie będziecie się nudzić. Zakres broni imponuje. Miecze, topory, pałki, młoty… To wszystko czeka na nas i nasze mordercze zapędy. Finiszery są soczyste i sprawnie zrealizowane. Pewnym urozmaiceniem jest wezwanie orła Belerama pod warunkiem posiadania piórka znajdowanego w trakcie rozgrywki. W kilku momentach naprawdę uratował nam tyłki:). Ogólnie rzecz biorąc w Wojnę na Północy gra się nawet miło i bez większych zgrzytów.

Pani pozwoli...

Kooperacja rzecz swięta

Gra od początku miała być nastawiona na grę z przyjaciółmi zamiast botów.  Gra razem z kolegą dostarczyła mi dwa razy więcej zabawy niż samotna sesja. Do tego znajdujemy dużo więcej sprzętu, przez co łatwiej dozbroić bohatera. SI botów wyszło naprawdę dobrze i nie frustruje przy dłuższej zabawie. Postaci używają swoich umiejętności skutecznie, dzięki czemu nie jesteśmy zdani tylko na siebie. Gdy stracimy siły towarzysze od razu ruszą nam na pomoc.

Rutyna atakuje ze wszystkich stron

Pod względem przeciwników nie ma żadnych większych niespodzianek. Na swojej drodze spotkamy tony mięsa armatniego w postaci goblinów i orków, trochę silniejszych Uruk hai i irytujące trolle. Na koniec każdego etapu czekają nas walki z bossem. Jednak bardziej rozgarnięty gracz nie będzie miał z nimi problemów. Do tego dochodzą niezbyt ekscytujące lokacje straszące swoją minimalistycznością(uff:). Polecam grać maksymalnie godzinkę dziennie. Inaczej można szybko się znudzić i stracić całą radość jaka płynie z gry.

Mały może więcej?

Rozwijamy się i…

Oczywiście jak na hack’n’slasha przystało zdobywamy coraz to nowy poziomy doświadczenia. Ilość expa wzrasta wraz z bardziej efektownym ubiciem potwora. Ten system naprawdę się sprawdza. Nowe skille dostajemy poprzez trzy drzewka umiejętności. Możemy pakować punkty w jeden lub każdy z wariantów, choć drugi sposób jest raczej bardziej opłacalny. Czyli jak zwykle bez większych rewolucji.

Technicznie parę lat wstecz

Tutaj nie jest już tak różowo. Grafika nie zachwyca. Można powiedzieć, że w kilku etapach była po prostu brzydka. Skyrim wypuszczony tylko parę tygodni po premierze WoC wygląda o wiele lepiej. Muzyka stoi na przyzwoitym poziomie, choć nie usłyszałem ani jednego utworu mogącego zapaść mi w pamięci. Pod względem zapisów i bógów wszelkiej maści nie spotkałem nic sprawiającego większy problem.

Szkoda, że tak ładnie jest tylko na screenach...

Fani lecą do sklepów

Przy Wojnie na Północy bawiłem się nieźle, choć liczyłem na więcej. Gdyby zmienić scenariusz i rozbudować scenariusz gra od razu wskoczyłaby do produkcji wyższej klasy. A tak wyszedł średniak. Polecam wszystkim spragnionym niczym nieskrępowanej rozwałki i fanom twórczości J.R.R Tolkiena. Choć oni już dawno mają grę na swoich półkach:).

Plusy

– radość płynąca z gry w kooperacji

-krwawe, widowiskowe walki

-dobre SI naszych towarzyszy

-gra się naprawdę miło…

Minusy

-…jednak aplikując rozgrywkę w małych dawkach

– żenująca fabuła

– szybko wkradająca się nuda

-średnie udźwiękowienie i grafika

Ocena: 7/10